wtorek, 13 września 2011

42,195


Dystans: 42km 195m
Temperatura: 28 st. C w cieniu / 43,5 st. C przy asfalcie
Nasłonecznienie: 80% trasy w słońcu
Czas: 4 godz. 21 min. 18 sek.
Miejsce:  1014 na ponad 3600 startujących



Nie, nie to nie są wyniki Zosi. To tylko zdjęcie z pierwszego wspólnego treningu.
W niedzielne południe Tato Zosi ukończył kolejny Maraton.  Tym razem padło na Wrocław.  Warunki do biegu były wyjątkowo niesprzyjające, ale jak mówią maratończycy albo będzie dobrze, albo będzie przyjemnie. Tym razem było przyjemnie. Już po 11km zaczęło grzać Słońce, które do końca dawało się we znaki wyciskając ostatnie poty i paląc plany na ambitny wynik. Jednak dzięki wolnemu tempu można było cieszyć się wszystkimi atrakcjami trasy – doceniając walory turystyczne i te specjalnie przygotowane dla uczestników.
Zosia postanowiła także zasmakować zwycięstwa, dosłownie we własnych ustach:
A tak jeszcze wracając do treningu: po krótkim namyśle Zosia stwierdziła, że nie ma sensu biegać wzdłuż bieżni, tylko w poprzek.





niedziela, 11 września 2011

O rany... ja stoję!!!

Nie wiem czy to zasługa "klubu malucha" czy może normalna kolej rzeczy, związana z rozwojem niemowlęcia, ale Zosia przez ostatni tydzień zrobiła naprawdę duże postępy. Po dwóch dniach "klubowania" nauczyła się samodzielnie siadać. Mniemam, że ta umiejętność okazała się po prostu niezbędna aby przetrwać na dywanie, wśród starszych dzieci. Siedzisz więc lepiej Cię widać.
Kolejna rzecz to wspinanie się po kanapie i próby samodzielnego utrzymania równowagi. Nogi co prawda jeszcze chwiejne a sama postawa przypomina kręcenie hola hop, ale chęci ogromne więc tylko patrzeć jak pozycja wyprostowana stanie się Zosi znakiem rozpoznawczym.
Trzecia rzecz to te nieszczęsne zęby, które się mnożą jak grzyby po deszczu.
Skutkuje to niestety płaczem i nieprzespanymi nocami. Ale niech to, niech rosną na zdrowie!
O kolejnych postępach będę informować na bieżąco.

sobota, 10 września 2011

Czasu brak...

Pierwszy pełny tydzień żłobkowo-klubowy za nami! Powoli, powoli wbijamy się w rutynę wychodzenia z domu na czas, wcześniejszego przygotowywania zupek, kompocików i owoców, planowania garderoby na dzień następny. Jakoś idzie choć nie napiszę, że idealnie. Zosia czasami bywa smutna i zamyślona a widok"Klubu Malucha" nie budzi w niej dzikiego entuzjazmu. Mam nadzieję, że czas zrobi swoje i niedługo już nie będzie pamiętać, że kiedyś było inaczej, tzn bez klubu:) Przez te zmiany cierpię na totalny brak czasu. Po powrocie z pracy zostają tylko 2 godziny i już trzeba myć, smarować, kąpać i kłaść spać, Zosię i siebie bo przecież nazajutrz wszystko od nowa.
Jak na złość kolejne zęby dają o sobie znać. Widocznie moja córka postanowiła mieć już pełen komplet na swoje pierwsze urodziny. Obecnie dysponuje już 6 sztukami a idą kolejne bo gile do pasa i nocne marudzenie w pełnym rozkwicie. Zgaduj zgadule, które to i w jakim miejscu smarować "znieczulaczem" Przez te zębowe gile chyba musimy zostać z nią kilka dni w domu bo jakoś trudno mi wyobrazić sobie "klubową ciocię" goniącą za Zosią z fridą i wysysającą zawartość nosa.

sobota, 3 września 2011

Nie było tak źle...

tzn zawsze mogło być lepiej, ale uwzględniając wszystkie moje wcześniejsze obawy dotyczące rozłąki z Zosią i jej pierwszych dni w „Klubie Malucha”, można powiedzieć, że nie było najgorzej. Co prawda Zosia na razie, była sama w klubie tylko 2 godziny, ale jak mówią nowe „ciocie” była dzielna. Zajęta obgryzaniem nowych zabawek, nie zauważyła mojego zniknięcia i jedynie mój powrót wywołał u niej łzy (radości jak mniemam). Od poniedziałku, Zosia zostanie już tam na 4,5h i mam nadzieję, że codziennie będzie tylko lepiej.


Czym klub różni się od standardowego żłobka?
Po pierwsze, już nazwa jest bardziej przyjazna, samo słowo „żłobek” brzmi mało zachęcająco.
Drugie, to ilość dzieci. W całym zosiowym klubie, w godzinach szczytu, jest ich około 9.
Trzecie, wszystko wg potrzeb. Nie ma spania w określonych godzinach ani posiłku. Każde dziecko dostaje to czego potrzebuje w danej chwili.
Czwarte i bardzo ważne: nie ma problemów z zapisaniem dziecka i nie trzeba go zgłaszać jeszcze przed urodzeniem.
Piąte to cena, opieka w klubie jest płatna ale i tak w porównaniu z nianią wychodzi DUŻO taniej.


Zachęcam do korzystania z takich form opieki nad dzieckiem. Kluby mnożą się teraz jak grzyby po deszczu i na pewno znajdziecie jakiś w swojej okolicy.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Ostatnie dni wakacji...



Dlaczego jest tak, że lato przychodzi tak powoli a odchodzi tak szybko. Tyle czekania... kilka tygodni (i to niekoniecznie ciepłach) i już czuć w powietrzu jesień. W tym roku lato miało dla mnie szczególne znaczenie. Byłam na najdłuższych w życiu wakacjach, jeśli wakacjami można nazwać urlop macierzyński:) Wakacje jednak dobiegają końca a przede mną ciężka próba pierwszych rozstań z moją małą Zosią. Od czwartku zasili grono"Klubu Malucha".
Do tej rozłąki przygotowuję się psychicznie już od kilku tygodni. Codziennie powtarzam sobie wszystkie racjonalne argumenty: że klub mały, że Panie są dwie, że blisko pracy, że bezpieczne otoczenie, że dobra opinia, że pozna nowe dzieci... ale im bliżej momentu rozstania tym trudniej racjonalizować argumenty bo przecież: jest taka malutka, będzie tęsknić, na pewno zachoruje, będzie się czuła samotna, że nikt tak się nią nie zajmie jak ja i tak w nieskończoność...
Czas przestać wymyślać za i przeciw i zobaczyć jak będzie. Postanowiłam, że ostatnie dni wolności, przed rozpoczęciem roku żłobkowego, powinny być szczególnie miłe dlatego też:

Moczyliśmy się w jacuzzi


Pojechaliśmy nad piękne jezioro Roguźno, na pojezierzu łęczyńsko-włodawskim







Chodziliśmy na długie spacery i wylegiwaliśmy się w trawie

Ważne, że pozwoliło nam się to ZRELAKSOWAĆ




sobota, 27 sierpnia 2011

UFO - Unidentified Flying Object


Na naszym balkonie pojawił się nagle niezidentyfikowany obiekt latający. Pierwszy kontakt był trudny. Przybysz nie chciał pokazać twarzy ani się przedstawić.



Stopniowo udało nam się nawiązać nić porozumienia. Stworek był żywo zainteresowany ziemską florą. -"Bazylia, hmmm u nas tego nie ma"



Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pod osłoną owadziej czapki kryje się stworek łudząco przypominający naszą Zosię. No nie, kosmici sklonowali nasze dziecko. No cóż, teraz będziemy mieli dwie:)


wtorek, 23 sierpnia 2011

Wyrodna matka...

...to ja. Tak właśnie dziś nazwała mnie nasza pediatra, na wiadomość o tym, że Zosia od września będzie chodzić do "Klubu Malucha". Pani była całkiem poważna i wcale nie żartowała. Dodała jeszcze, że zbrodnią jest nie spędzać KAŻDEJ chwili z dzieckiem bo to wielki zaszczyt i takie tam. Dostało mi się jeszcze za to, że sama gotuję zupy dla małej bo przecież słoiki są zdrowe i przebadane (najlepiej GERBER i tylko GERBER!) a spożycie świeżych owoców może zakończyć się pobytem w szpitalu. Normalnie mnie zatkało, męża też, nawet Zosia na chwilę przestała płakać. Coś mi się wydaje, że to była ostatnia wizyta u tej Pani doktor...
Ps. muszę kończyć bo biegnę do sklepu po słoiczki:)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Było tak...

Jak już wcześniej wspomniałam, podczas pobytu u dziadków, odbył się chrzest naszej Panny Zosi. Całą uroczystość dziecię darło się wniebogłosy z powodu wychodzących zębów przednich i nic nie było w stanie jej uspokoić. Chwilowe wytchnienie od płaczu przynosił widok wielkiego akwarium zamontowanego w lokalu. Do tego potrzebni byli tzw "trzymacze", w rolę, których na zmianę, wcielali się dziadek albo babcia...ale ile czasu można stać przed akwarium???



Potem było już tylko lepiej. Cała rodzina dbała o to aby dzieci się nie nudziły, nawet jeśli miałoby to grozić odmą płuc:) Zabawa była przednia i co ważne na świeżym, powietrzu. Towarzystwa nie brakowało bo co rusz zjawiały się nowe kuzynki.






Wizyta u prababci na wsi dostarczyła również wielu nowych wrażeń. Słowo "Muuu' i "Kwa Kwa" nabrały nowego znaczenia i wreszcie zostały zwizualizowane. Hasło"Kobiety na traktory" okazało się ponadczasowe a sławną niegdyś traktorzystę, Magdalenę Figur, zastąpiła młoda adeptka - Alicja!
Szkoda tylko, że wakacje trwały tak krótko, i że tak długo trzeba po nich odpoczywać:)




czwartek, 18 sierpnia 2011

wyjazdy i powroty

Letni czas zachęca do podróży. Plany były ambitne a skończyło się na wizycie u dziadków w Kole. 5-godzinna podróż z ruchliwym dzieckiem nie należy do przyjemności, zwłaszcza jeśli to dziecko po uruchomieniu silnika, zamiast iść spać, drze się wniebogłosy. Tym razem postanowiliśmy wyprzedzić fakty i wyruszyliśmy o 4 w nocy. Podobnie zrobiliśmy w drodze powrotnej i tym sposobem dziecię zamiast brykać, spokojnie przespało większość drogi. Gorzej z rodzicami, którzy po nocnych wojażach chcieliby odpocząć a tu się nie da. Trzeba się zająć, pobawić, ukochać...
No nic, ważne, że wyjazd się udał:) Zosia została ochrzczona, zobaczyła wiele nowych twarzy, miejsc, wróciła również z dwoma nowymi zębami, które mocno dały nam się w kość. Zosiowe zęby rosną, jak mówi Pani doktor, po chińsku. Dwójki wyprzedziły jedynki, może stąd te wielogodzinne krzyki i gile do pasa. Dość o tym. Relacja z wyjazdu w najbliższym czasie jak tylko zdołam odespać nocne podróże.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Mały uciekinier

Jeszcze tak niedawno leżała nieruchoma machając jedynie rączkami. Później była burzliwa faza obrotów, zwrotów i przewrotów a teraz dziecko, na chwilę spuszczone z oka, momentalnie znika...To jeszcze nie raczkowanie bo nadal brzuchem szoruje o ziemi,e ale idzie jej naprawdę całkiem nieźle a przede wszystkim bardzo szybko. Gdybyście przypadkiem spotkali gdzieś moją Zosie powiedzcie jej proszę, że ma natychmiast wracać:)


zgubiona...

namierzona...

znaleziona!!!

niedziela, 7 sierpnia 2011

Przygotowania

Przygotowania do chrztu idą pełną parą, impreza już za tydzień. Zosia postanowiła samodzielnie dokonać wyboru stroju i jak na prawdziwą kobietę przystała, odbyć w nim próbę generalną.


wybór nie był łatwy zważywszy, iż kolorem dominującym nie będzie tym razem różowy:)


No i jak efekt? Może być?:)


a buty??? Nie zapominajmy o butach!

środa, 3 sierpnia 2011

Wczesna edukacja czy dobra zabawa???

...oto jest pytanie??? Szkół jest tyle ilu rodziców ale dwie najbardziej popularne mówią, że dziecko przede wszystkim powinno się bawić, bawić,, bawić bo na naukę przyjdzie czas i druga szkoła, która mówi, że malutkie dziecko błyskawicznie się uczy właśnie poprzez zabawę.
Wybraliśmy tą drugą, skuszeni książkami: G. Doman: "Jak nauczyć małe dziecko czytać" i Katarzyny Rojkowskiej opisującymi metody nauki czytania i liczenia dzieci w wieku 0-5 lat. Postanowiliśmy zamiar wprowadzić w życie i tak już od kilku miesięcy uczymy małą Zosie czytać a od 2 tygodni również liczyć.

Szaleństwo powiecie bo dziecina przecież malutka, nic nie rozumiejąca to po cóż jej mącić w głowie jakimiś planszami, drukami, kropkami itp. Ale właśnie wiek jej jest jej największym atutem bo im mniejsze dziecko tym szybciej się uczy.
Naturalna ciekawość dziecka, jego entuzjazm i świeżość sprawiają, że nie traktuje ono nauki czytania czy liczenia jako przykrego obowiązku, ale jako świetną zabawę. Już po kilka dniach pokazywania Zosi plansz z wyrazami, widać było, że to ją cieszy i że jest w stanie rozpoznać nowy wyraz w zestawie. Jeśli przestrzega się kilku ważnych zasad to taka nauka może być dla dziecka świetna zabawą a w przyszłości, kto wie, może rzeczywiście zaowocuje umiejętnością czytania.
Materiały do nauki można kupić przez internet lub przygotować samemu. W sieci pełno jest stron i instrukcji w jaki sposób stworzyć takie zestawy. Nasi znajomi z lekkim uśmiechem patrzą na to jak w każdą podróż zabieramy ze sobą komplety z wyrazami i kropki do liczenia, ale w tej metodzie oprócz dobrej zabawy liczy się konsekwencja i systematyczność i nie ma od niej odpoczynku nawet na czas wakacji.


Polecam naukę czytania i liczenia. Nawet jeśli rezultatem jej nie będzie płynne czytania w wieku 3 lat, to jest to piękny czas spędzony tylko z dzieckiem, który ono na pewno doceni:)
Dla niedowiarków polecam obejrzenie kilku filmików, niewątpliwie zachęcają do pracy...